Czytelnicza męka Greya

Na moje nieszczęście „Szarość” dopadła i mnie…
Na nieszczęście bo tak wielkiego tomu literackiego rozczarowania jak „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James, od dawna nie miałam w rękach.

To co podobno odpowiada za sukces powieści tak naprawdę… nie istnieje.
Zanim kupiłam (tak! O zgrozo, kupiłam! Za prawie 4 dychy!) swój egzemplarz, w sieci krążyły same „ochy” i „achy” pełne zachwytu nad dziełem innym niż wszystkie, odważnym i pełnym niepohamowanego wyuzdania.
Tja… To chyba czytałam zupełnie inną książkę.
Ja się pytam, gdzie to „porno (dla znużonych mężatek)”?!
Nie ma.
Reklama dźwignią handlu. To, że o powieści z zachwytem wypowiadały się gwiazdy kina i pisano o niej (sic!) na „Pudelku” wystarczyło, żeby świat oszalał i dał się omamić.

Fabuła wygląda mniej-więcej tak:
Nijaka dziewica spotyka na swej drodze nieszablonowego mężczyznę o specyficznych preferencjach. Zaczyna się romans. On chce nietypowej relacji seksualnej, ona oczekuje czegoś więcej. Koniec.

Pierwsza kwestia, która zniechęca od pierwszego wersu to narracja. Osobiście za pierwszoosobowymi rozważaniami w powieściach nie przepadam.
Dalej po czach bije Anastasia-  nasza zarazem irytująca i nudna, główna bohaterka. Niezdecydowana, jak całe stado klientek obuwniczego razem wzięte,  wkurzająca swoją naiwnością.
Zaraz za nią jest on. Tytułowy Grey. Dziwny facet, stawiający jeszcze dziwniejsze warunki, z którym nie chciałabym mieć nic wspólnego. Nie jestem w stanie pojąć przedstawionego w powieści fenomenu, odpychającej osobowości, która tak bardzo pociąga główną bohaterkę i czytelniczki.
Niby to dobrze, kiedy bohaterowie to postaci skomplikowane, ale bardzo niedobrze, kiedy się ich „przekombinuje” bo wtedy wychodzi zupełnie odwrotnie. Jeśli ktoś liczy na wielowymiarowość postaci, pozostanie z niedosytem.

Wybitnym krytykiem literackim nie jestem, jednak po przeczytaniu iluś tam książek, a także naiwnie wierząc w reklamę, oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Przede wszystkim jakiegoś kunsztu literackiego i minimum lotności słowa, w końcu to miał być erotyk.  W „50 twarzach…” tego nie znalazłam. Zamiast płynąć wraz z fabułą miałam wrażenie, że z każdą kolejną stroną sypią mi się na głowę kanciaste, drewniane klocki, ciosane nieporadnie. 
Elementu zaskoczenia również nie doczekałam, choć miałam nadzieję, że znajdę go tuż, tuż na następnej stronie.
Na forach naczytałam się o tym, jak bardzo wciągająca jest to powieść. No cóż, swego czasu  bardziej wciągnęła mnie „Saga o ludziach lodu” niż TO.

Święty Barnaba i przygryzanie wargi na długo odbije mi się czkawką, podczas gdy  z banalnej fabuły w pamięci nie pozostaje mi praktycznie nic.
Do ostatniej strony dotrwałam jedynie dzięki przekonaniu, że aby coś skrytykować, trzeba to znać. Z żalem stwierdzam, że ubolewam teraz nad straconym czasem.

„Grey” rzucił mi medialną rękawicę – wstyd nie znać tak rozreklamowanej i robiącej medialny szum w okół siebie książki. Podjęłam wyzwanie nie oddając spotkania walkowerem, choć bywało naprawdę bardzo, bardzo ciężko, a każdy kolejny wers wywoływał chęć rozpalenia ogniska. Próbowałam, żeby mieć pojęcie, co w światowej literaturze się dzieje, ale chyba nie jestem na to odpowiednim targetem. Dalszymi tomami trylogii się katować nie będę. 

Wolę czytać etykiety szamponów.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: