Chorować jak facet

Kto w domu ma stworzenie zwane mężczyzną, ten wie, że na świecie nie ma nic gorszego
od mężczyzny chorego.
Mężczyzna ma to do siebie, że jak polegnie w walce z katarem, to już na amen.
Potrzebna kołderka, rosołek, pilot od telewizora i ktoś, kto będzie koło dupy skakał.

Samiec który podupadł na zdrowiu staje się domowym koszmarem, absorbantem wymagającym ciągłej opieki bardziej niż pełzające niemowlę, staje się kulą u nogi, obiektem na przemian narzekań i żartów.

Ale w tym ich przeżywaniu choroby jest sens i logika.
I w życiu pięknym i wspaniałym bym tego nie potwierdziła, gdybym nie doświadczyła na własnej skórze, na czym to właśnie polega.

Rozłożyło mnie.
Tak na amen w pacierzu – z katarem, chrypą i stanem podgorączkowym.

Ale nic to!
Z domowej apteczki wygrzebałam jakieś tam aspiryny, jakiś syrop i saszetkę o ohydnym smaku. Zażyłam kolejno w odpowiednich odstępach.
Niby postawiło chwilowo na nogi, ale za bardzo nie pomogło. To było w niedzielę.

W poniedziałek z rana kolejna piryna i sru do zajęć codziennych.
Jeszcze na miasto pobiegłam, w urzędzie odstałam, do domu wróciłam pół żywa, pół ugotowana.
Ale nic to!
Na nowo: syropek, tabletka i już, już chciałam dalej po tym świecie latać, jednak do akcji wkroczył Przyszły Ślubny, z nakazem natychmiastowego pakowania się w wyro.
Owinął mnie kołdrą jak meksykańskie takos, na głowę położył kompresik, zaserwował herbatkę i pilnował, czy nie ucieknę umyć jakiegoś okna.
Mimo protestów, wczoraj powtórzył manewr z uziemieniem mnie w ciepłej pościeli, grożąc, że przywiezie mi babcię na czaty – musiałam skapitulować, wiem, że zrobiłby to naprawdę.

Takie bezczynne bimbanie było dla mnie męczące, strata czasu okrutna, bo tyle zajęć czeka.
Co rusz mi się przypomniało, co jeszcze jest do zrobienia, za co by się trzeba zabrać.
Ale z drugiej strony – przyjemnie tak czuć, że nie trzeba się dodatkowo męczyć.
Zero aktywności przez dwa dni.

Sorry,  jestem chora, nie mogę.

I wtedy mnie olśniło!

Jak długo choruje facet?

Z trzy, góra cztery dni, po czym wraca do formy.

A my?
U kobiet przeziębienie ciągnie się tygodniami po „przechodzonym” apogeum.
Z nosa nam cieknie jeszcze długo po tym, jak skończy się L4.
Mamy inne liczne problemy, których nigdy nie wiążemy z niedoleczoną grypą czy przewlekłym przeziębieniem.
Częściej bywamy zmęczone, częściej łapiemy różne dziwne infekcje, narzekamy, że mamy brzydkie włosy i łamliwe paznokcie, niedobory witamin, jakieś bóle i jakieś stany zapalne…

Tyle jest kampanii, informacji o profilaktyce chorób poważnych.
A mało kto ostrzega przed konsekwencjami takich banałów jak cieknący nos, niezbijany stan podgorączkowy lub konsekwencjami bagatelizowania innych sygnałów ostrzegawczych jakie daje nam własny organizm.
Ciągle się migamy – że szef krzywo patrzy, że dziećmi trzeba się zająć, że pranie się samo nie zrobi… Ot banalne wymówki, by nie wyleczyć porządnie banalnych schorzeń.
A mało której kobiecie zapala się w głowie ostrzegawcza lampka, że lepiej poświęcić te trzy dni na konkretne zwalczenie choroby, niż wylądować w szpitalu na kilka tygodni – bo wtedy to szef się wkurzy naprawdę, dzieciaki zostaną same, a w mieszkaniu powstanie bajzel na kółkach.
Media pokazują kobiety niezłomne w walce z codziennością, niepoddające się takim głupotom jak choroba czy wirus, w biegu zażywające coraz to nowsze, droższe medykamenty, suplementy i zapierniczające dalej, jak mały samochodzik.

Jak długo tak można, ile tak pociągniemy oszukując naturę, biologię, organizm?

Rok, dwa, dziesięć?
A później problemy z nerkami, z sercem, które wydaje się, że się wzięły znikąd.

Jaki przykład daje wiecznie niedoleczona kobieta córce?
Bo syn to jasne już, że ma zakodowane leżenie i odsypianie, aż będzie zregenerowany.

Czy to przypadkiem nie jest tak, że same napędzamy to błędne koło
?

Przecież jak mantrę powtarzamy wszystkim w około, że trzeba o siebie dbać, bo zdrowie mamy tylko jedno.
Gadamy jedno – robimy drugie.

Dbamy o wszystkich, siebie stawiając na szarym końcu, jakbyśmy wstydziły się przyznać do niewyobrażalnej porażki odniesionej w potyczce z wirusem.
Aj, drogie panie, zmieńmy to, bo jeśli nie my same, to kto to zrobi za nas…?

Dzisiejszy poranek – cud się stał, magiczne ozdrowienie:
gorączki niet, z nosa już nie kapie już wcale, w gardle nie drapie, umiem normalnie mówić.
Co prawda nie wyglądam nadal – nos mi świeci z daleka jak u Rudolfa na czele zaprzęgu,
ale generalnie jest o niebo lepiej w tempie ekspresowym i bez zjedzenia połowy apteki.

Święto – przyznaję Przyszłemu Ślubnemu rację, a on mi na to z dumą:
Bo widzisz, chorować, to trzeba jak facet!

Advertisements

One comment

  1. Biała Mewa · · Odpowiedz

    ja pikole ile w tym racji … moze faktycznie kazda z nas powinna wlasnie tak zaczać chorowac…. jak facet… swietny post

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: