Dzień kobiet

Kiedyś 8 marca był dla mnie reliktem komuny, upadłym wraz z pojawieniem się rajtuz w sklepach. Drażniło mnie, ze dostaję kwiatki z powodu nie posiadania penisa. W punkcie kulminacyjnym stanowiło to dla mnie obelgę,  bo cóż to za durne święto, w którym nie chodzi o nic więcej,  niż odbebnienie świeckiej tradycji by już nazajutrz wrócić do marnej rzeczywistości utrudniania życia.  Po cholerę ten goździki,  tulipan czy róża skoro badyl nic tak naprawdę nie wniesie?

A później przybyło mi lat i zrozumiałam,  że ma być zwyczajnie miło.  Ma być populizm ku uciesze gawiedzi, by choć na chwilę zrobiło się lepiej, choćby tylko na moment uprzyjemnić burą rzeczywistość i trudy codzienności. Bez drugiego dna, bez doszukiwania się ukrytego sensu.
Cieszmy się chwilową życzliwością,  bo zazwyczaj nie jest tak fajnie, nikt nie z nami specjalnie nie cacka (bo i tego za bardzo nie chcemy), nawet babki o siebie wzajemnie.

Żyjemy w świecie, w którym kobieta kobiecie wilkiem, gdzie cztery na pięć przedstawicielek płci pięknej deklaruje, że lepiej się czuje wśród mężczyzn, a feminizm to ciągle jakieś medialne monstrum. Nie jest łatwo być posiadaczką chromosomów z podwójnym iksem. Buzują w nas hormony i eksplodują emocje.

Walczymy, już mniej z nosicielami spodni, a coraz  czesciej z mitomanią spódnicy.  Licytujemy,  która ma lepiej, łatwiej,  szczęśliwiej, nie doceniając tym samym wzajemnej odrębności.  Odcinamy się od kobiecości postrzeganej inaczej niż się nam samym podoba. A nie podoba się dużo,  jeżeli nie prawie wszystko, co inne, nasze własne. Bierzemy za dużo na klatę bo ciagle cos chcemy udowadniać.  Nie ważne, że sprawa miażdży nam cycki. Bardziej miazdząca będzie świadomość,  że inna dała by radę,  że inna by nie zawiodła.

Wymagamy od siebie zbyt wiele i nie chcemy pomocy.
Znaczy się chcemy, ale każda się boi przyznać,  bo mamy erę siłaczek, co to potrafią z dzieckiem przy piersi wymienić koło, jednocześnie realizując siebie.

Boimy się zarzutów,  najczęściej z dupy wyjetych: ze nie mamy pasji, że nudne, że niezaradnosc życiowa to nasze drugie imię, że jak chłopa złapały to kury domowe co nie chcą mieć nic do gadania, a jak singielki to pewnie nie cenią narodowych wartości rodzinnych, że mało ambitne są te co wychowują dzieci, a wyrodne idące do pracy, że łatwe, że zimne, że zależne,  że materialistki, etece, itede,  itepe.

Same na siebie potrafimy ukręcic bicz i spuścić manto odsądzajac od czci i wiary. Stajemy się pozbawionymi empatii mizoginkami.

Dlatego drogie panie,  niezależnie od wiary, politycznych upodobań, orientacji seksualnej, stanu cywilnego i ilości posiadanego potomstwa, życzę Wam (i sobie) więcej spokoju i wyrozumiałości-wobec siebie i innych.

image

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: