Operacja: Minimalizm!

Jakby się dłużej nad tym zastanowić to w sensu stricto konsumpcyjnym stylem życia i bycia nigdy w zasadzie nie było mi po drodze.
Uznając minimalizm nie tyle za życiowy cel sam w sobie, ale za koncepcję towarzyszącą na co dzień, to w zasadzie można by stwierdzić, że jest on znaczącym elementem mojej filozofii od… w zasadzie od zawsze. Muszę przyznać, że w dużej mierze z lenistwa. Otóż mój makijaż to odkąd pamiętam to trzy kosmetyki: podkład, tusz i czarna kredka, no może czasem, od wielkiego dzwonu (i jak odnajdę w czeluściach swojej torebki) zaszaleję i dodaję do tego błyszczyk. Na więcej było mi szkoda czasu przed lustrem o poranku.

Nawet do ślubu kazałam się pomalować podobnie, bo mi nie leżało udawanie kogoś kim nie jestem.

Z resztą z całym moim ślubnym ałtfitem były niezłe jajca.
Moja mama wymarzyła sobie, że odbije sobie te wszystkie lata mojej niechęci i dam się wystroić w ciul na ciulu (wiecie, jak Paciaciakowa):  falbanki, kokardki i koronki. I koniecznie cekiny. Z góry do dołu, z prawej do lewej, a nawet w poprzek. Niestety, krnąbrne ze mnie dziecikę i cały misterny plan spełzł na niczym mimo próby konspiry z krawcową (która to znowu skądinąd poległa na uszyciu sukienki, w której nie dało się zamaskować niedoróbek tymiż wszystkimi duperelami, o czym przekonałam się dopiero na trzy dni przed ślubem, kiedy było za późno na cokolwiek. Dla ścisłości dodam tylko, że sukienka była zamawiana nie u pani Jadzi szyjącej w piwnicy w sekrecie przed skarbówką, a w dosyć rozreklamowanym, poważanym i chwalonym salonie mody ślubnej w okolicy. Wybaczcie, nadal emocjonalnie reaguję na to wspomnienie. Myślę, ze sytuacja zakończyła się dla owej krawcowej w miarę szczęśliwie jedynie dlatego, ze nikt nie bierze poważnie pomysłu Korwina o ułatwionym dostępie do broni). No. To się wygadałam. Ale już wracam do meritum.

Zarówno mejkap, garderoba i wszystkie dodatki wybieram proste w fasonie. Nie lubię grzechotać, brzdękać ani świecić się z daleka.
W pomieszczeniach cenię sobie funkcjonalność, przejrzystość, prostą formę i jasną przestrzeń (do tego się chyba dorasta, bo jeszcze nie tak dawno wybierałam na ściany kolory ponure i ciemne). Bez szalu na firanki, poduszki, kurzołapy i inne pierdystójki.
No nie lubię od dziecka.
Zawsze z nutką zdziwienia obserwowałam rosnące kolekcje gipsowych słoników, porcelanowych kotków, flakoników po perfumach czy innych dupereli rosnących na półkach moich koleżanek.

Nie robię kompulsywnych zakupów, zazwyczaj do sklepu idę z kartką. Inna sprawa, że zazwyczaj po drodze gubię ją we wnętrzu monstrualnie wielkiej  torebki. W każdym razie, nie kreci mnie kupowanie samo w sobie. Zazwyczaj impuls kupienia zostaje unicestwiony w zarodku przez chłodną analizę po jaką cholerę mi potrzebne to akurat cośtam, co nie powiem, czasem rodzi frustrację, zwłaszcza na zakupach grupowych w babskim gronie, bo koleżanki mają radochę z nowej rzeczy, a ja nie, bo zdrowy rozsądek wygrywa.
Nawet nad marketowym koszem z tanimi  książkami stoję z telefonem w dłoni i czytam na necie recenzje, czy warto.
Jedyny wyjątek stanowią rośliny, ale to już temat rzeka, zdecydowanie na kiedy indziej.

No to w czym problem?
A no paradoksalnie do powyższego, jestem okrutnym, gigantycznym, żarłocznym chomikiem.

Jak już raz coś się dostanie do mojego mieszkania, to zalega, zazwyczaj na wieki wieków. Gdybym poszła na terapię i próbowała się doszukać przyczyny tego zjawiska w dzieciństwie, to pewnym jest, że to skutek wychowania w dużej mierze przez dziadków, których spora część życia przypadała na czas, kiedy nie było nic albo jeszcze mniej, wobec czego przedmioty były szanowane, służyły długo i zawsze się mogły jeszcze przydać.
Nam, komuś, po coś, na coś, na przeróbkę, na części, do szkoły.
Znacie to?

I ja mam takich przydasiów pierdyliard miliardów. W szafie, w kuchni, w barku (o kieliszkach mówię przecie), w łazience nawet, bo mimo, że makijaż lichy, to czasem zdarzyło się kupić jakieś cuda na celulit i włosy, które jak się okazuje nie działają przez samo stanie na półce.

I mam dosyć.
Od jakiegoś czasu czuję się przygnieciona stanem posiadania. Wszędzie wszystkiego za dużo za długo. Siara przyznać, ale czasami znajduję przedmioty, o których istnieniu nie pamiętam.

Wypowiadam wojnę wszelkim przydasiom, ciuchom w które się już nie mieszczę, hendmejdom, których nigdy nie skończę, książkom do których nie mam ochoty wracać i kubkom z których nie smakuje mi kawa.

W nowy rok chcę wejść bez tego balastu, z wolną przestrzenią i głową.
Tak zrobię.
Jaram się na porządki jak fajerwerki z Tajwanu.

A potem stygnę, w momencie.
Na widok ile tu tego i po szybkim przeliczeniu ile kasy zwyczajnie wywalę na śmietnik robi mi się tak wewnętrznie pśle jak w starej reklamie telefonów i trochę smutno. Minimalizm już mi się tak nie podoba, mam ochotę tego nie tykać do końca świata.

Szukam pozytywów.
Próbuję sobie wyobrazić jakby to było moc się spakować do jednej walizki i się wyprowadzić. Albo chociaż do jednego kombika. Dobra, niech będzie chociaż do busa. Zamiast do dwóch naczep TIR-a.
To pomaga.
Mniej gratów to mniej zmywania, prania i prasowania.
Taki argument do mnie przemawia.

Szukam sposobów, co przy überparanoicznej chęci ochrony danych osobowych (wynikłej min. Stąd) nie jest łatwo, bo w zasadzie cały internet odpada w przedbiegach.

Znalazłam komis odzieżowy, książki trafią do biblioteki, reszta albo trafi na wysypisko albo znajdzie nowy dom pocztą pantoflową.

Ale cholera, dam radę 😀

Reklamy

7 Komentarzy

  1. Łączę się z Tobą w tych minimalistycznych porządkach przednoworocznych 🙂

    1. Każde wsparcie pożądane.
      Jak to mawiają, w kupie siła 😉

  2. Pod wieloma względami jesteśmy do siebie szalenie podobne. Niby kupuję mało, niby moje zakupy są zawsze przemyślane, a jednak tooonę, dosłownie tonę w rzeczach.

    W wyglądzie również cenię sobie minimalizm. Pamiętam, że w dniu ślubu mama zwróciła mi uwagę na zbyt skromny makijaż, a przecież nie będę z siebie robić przebierańca. Mam słabość jedynie do bransoletek – w młodości nosiłam ich nawet po kilkanaście na ręce, rozpoznawało mnie po tym całe osiedle 😉 Nie minęło mi do dziś, chociaż jest oczywiście skromniej.

    No i widzisz, też bym chciała pozbyć się tych swoich gratów, i też jaram się na samą myśl, a potem staję przed tym wszystkim i załamuję ręce, bo to zbyt duże wyzwanie. Za dużo tego, zdecydowanie.

    1. porażający ogrom nie pomaga w ogóle, mam ochotę upchnąć to nogą za szafę, albo gdziekolwiek byleby tego nie widzieć i dalej móc udawać, że tego nie ma… ale jak tak dalej będę chować i maskować, to mnie ten mój dobytek zasypie 😀

  3. Jakbym czytała o sobie – zakupy przemyslane, a gratów co nie miara. Niestety wyniosłam to z domu – moi rodzice nie wyrzucają praktycznie niczego, wszystko ląduje w piwnicy albo na strychu. Dotarło do mnie ile mam niepotrzebnych rzeczy kiedy wyjezdzalam z domu na studia – ledwo zmieściłam się w samochód, a jechałam sama, zapakowana pos sufit. Bo może się przyda, bo szkosa wyrzucić, bo dostałam sto lat temu i to pamiatka (po dawno zakończonych znajomosciach). Odkąd mieszkam sama, raz na trzy miesiące robię generalne porzadki i pozbywam się minigratow (ostatnio mialam nawet pokaźną kolekcję zabawek z jajka niespodzianki, które mój mężczyzna pochłania hurtowo). Zawsze gdy nie wiem co z czymś w danej chwili zrobić, wrzucam do szuflady, a po miesiacu jest tam po prostu wszystko. I tak jak ubrań, butów czy innych”gratów” pozbywam się bez skrupułów, tak książek nie mogę – wmawiam sobie, że pracuję na piękną bilblioteczke za pół wieku 😉

  4. Z tą sukienką ślubną i makijażem to jakbym o sobie czytała. Sukienkę uszyłam u normalnej krawcowej, ale nie z żadnego renomowanego salonu, a makijaż zrobiłam sama – zaznaczam, że nie umiem się malować. Teraz bym się tego nie podjęła!
    Też lubię minimalizm, ale gubię się w tym co mam. W czeluści mojej szafy są rzeczy z metkami. Nie pamiętam o części rzeczy, które posiadam. Postanowiłam to zmienić. I chcę przejść na świadomy stan posiadania – może być mniej. Pozdrawiam!

  5. Super plan! Ja swój minimalizm zaczęłam wprowadzać w życie w momencie przeprowadzki do własnego mieszkania, pozbyłam się tylu rzeczy, że teraz wyrzucanie nie stanowi dla mnie problemu, co więcej stało się oczyszczające i dające poczucie dobrze wykonanej roboty. Mnie w tym roku czeka porzadkowanie garderoby, bo schudłam i wszystkie ciuchy są za duże, podpowiedziałaś mi tym komisem odzieżowym! Trzymam za Ciebie kciuki i wiem, że dasz radę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: