Minimalizm. Jak NIE zaczynać.

Pamiętacie jak pod koniec zeszłego roku zachciało mi się minimalizmu, naszła mnie ochota na wywrócenie życia, szafek i domu do góry nogami?

Ja też nie.

Otóż, poległam.
Może nie na całej linii, bo jednak jakichś zmian udało się dokonać, jednak z zaplanowanej rewolucji wyszły nici, jak te, które wyłażą z pudełeczka nadal pełnego przydasiów.

Błąd jaki popełniłam jest klasyczny dla zajaranego neofity.

Chciałam pociągnąć wszystkie sroki za ogon.

Za jednym zamachem chciałam oczyścić przestrzeń, zacząć w końcu być eko i jednocześnie zabrać się w końcu za swój domowy budżet.

Brzmi banalnie, ale w praktyce okazało się trudne do realizacji „na już” miałam wrażenie, że moje cele poniekąd wzajemnie się wykluczają.
Nie widziałam sensu w wyrzucaniu wszystkiego na śmietnik, bo ani to ekologiczne, ani ekonomiczne, a szukanie nowego domu dla wielu przedmiotów okazało się procesem mozolnym i długotrwałym, co znakomicie utrudniło (a nawet utrudnia do teraz) odgruzowanie moich pięćdziesięciometrowych włości i skutecznie wpędziło mnie we frustrację i narastające poczucie klęski.
A ja chciałam szybko i łatwo.

Zwyczajnie zabrałam się do sprawy od dupy strony, zbyt na hurra bez odpowiedniej dozy cierpliwości.
Było mi trudno wybrać co jest dla mnie ważniejsze-czy pozbycie się gratów czy odzyskanie części wydanej na nie kasy, czy ideologiczne niegenerowanie śmieci na wysypisku.

Nie jest tak, że nie chciałam oddać za darmo.
Ręczniki i koc trafiły do schroniska dla psów, część książek do biblioteki, część ubrań, która nijak nie pasowałaby na osoby w moim otoczeniu, trafiła do kontenera. Dlaczego do tam a nie instytucji pomocowych? Przykra sprawa, ale odbiłam się od ściany. W dwóch miejscach na trzy piętrzono problemy-a to pani, która się tym zajmuje była nieosiągalna, a to przyjmowano tylko wybrane rzeczy, np. sezonowe, bo nie ma tego gdzie magazynować.
Okazało się, że niepotrzebnie straciłam czas i energię. Trzecia instytucja odpadła, ponieważ z wiarygodnych źródeł wiem, że zanim odzież trafi do potrzebujących przechodzi przez sito personelu, który wybiera dla siebie co lepsze kąski. Wobec tego z żalem, ale w poczuciu sprawiedliwości, tekstylia wylądowały w kontenerze.

Owe działania pomogły mi zarówno pozbyć się części gratów z poczuciem, ze jeszcze ktoś je wykorzysta, ale były na tyle czasochłonne, że dostrzeżenie efektów nie było możliwe gołym okiem, bo ciągle gdzieś był jakiś karton/reklamówa z rzeczami w trybie oczekującym.

Podobny los spotkał wszystkie rzeczy, które są na tyle cenne, niezniszczone, czy też nowe, których ze względów czysto praktyczno-materialnych szkoda oddać za friko, bo być może gdzieś jest ktoś, kto byłby skłonny za nie zapłacić.
Zanim miałam czas wszystko obfotografować, opisać i wrzucić do sieci, ze stycznia nie wiadomo kiedy zrobił się kwiecień. Albo nawet maj.
Tyle z tego, że udało się rzeczy do sprzedania, z całego mieszkania zgarnąć do dwóch kartonów i tam sobie siedzą, niektóre nawet do teraz.
Ot, taki mały sukces wśród porażek.

Poniosłam klęskę na sortowaniu śmieci.
Co prawda sama czynność nie sprawiała większego problemu, o tyle… że zakopałam się w słoikach, bo te, jak wiadomo lubią się przydać na jesień ( i właśnie teraz powoli zaczynam je szczęśliwie zapełniać). Z resztą nie tylko ze słoikami tak mam (nadal), że sen z powiek mi spędza myśl, co będzie jeśli wyrzucę to czy tamto, a później okaże się potrzebne? Przecież to nie opłacalne…

Do tego miałam ograniczony czas, bo za porządki zabierałam się po pracy, w weekendy było pierdylion innych zajęć, więc sama też odkładałam na później. Jak był czas, to nie zawsze były chęci, bo pod samonakręcającą się presją motywacja pikowała na łeb, na szyję.
A jak był czas i chęci to ukazywało mi się pełne spektrum przeciwności losu i złośliwości przedmiotów martwych, jak awaria samochodu i jego sanatorium w warsztacie na prawie dwa tygodnie , akurat kiedy miałam wywieźć znajomym na działkę karton naczyń i krzaczki z balkonu.

No i niepostrzeżenie mamy wrzesień i jesień za progiem.

Czy zatem udało mi się osiągnąć coś pozytywnego przed te 9 miesięcy?
Przede wszystkim ogarnęłam zakupy.
Nie żeby wcześniej stanowiły one jakiś mega-problem, jednak mimo to teraz kupuję jeszcze miej i jeszcze bardziej świadomie.
Zwracam uwagę nie tylko na sam produkt, ale i opakowanie (czy serio, każda porcja ryżu jest mi potrzebna w oddzielnym woreczku?), na jakość w stosunku do ceny, czy wykorzystam cały produkt, a jeśli nie, to jak wykorzystać pozostały nadmiar.
Dzięki temu mam na głowie tylko „zaległy” bajzel i całkiem skutecznie udaje mi się unikać tworzenia nowego.

Rewolucja mi nie pykła, ale wprowadzana małymi kroczkami reforma pomalutku daje rezultaty.

Powoli do przodu, nic na siłę i nie wszystko na raz.

Advertisements

2 komentarze

  1. Czyli mimo wszystko weszlas na „kolejny poziom” – nauczylas sie, ze nie wszystko na raz, a to cenna lekcja.
    Bedzie dobrze
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Ja niestety działam na hurra i pewnie z tego powodu straciłam trochę kasy, ale pozbyłam się z domu prawie wszystkiego, co niepotrzebne 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: